Czerwony Strumień. Miejsce i czas

Czasoprzestrzeń zagięła nam się jeszcze w Kamieńczyku. Mieliśmy iść do Czerwonego Strumienia, opuszczonej poniemieckiej wsi, przeciętej obecnie przez polsko-czeską granicę. Z Kamieńczyka prowadzi do niej oznakowany szlak – teraz już wiemy, że wystarczy iść główną szosą do przejścia granicznego, tam odbić w prawo i trzymać się starej, ale dobrze utrzymanej drogi po polskiej stronie. Wydawałoby się, że nie można się tam zgubić. Ale był mokry, zimny poranek i nie chciało nam się zatrzymywać, żeby wyjąć z plecaka mapę i sprawdzić przebieg szlaku. Nie było też zasięgu, a Kamieńczyk był jak opustoszały, więc kiedy żółte oznaczenia na chwilę zniknęły nam z oczu, nie mogliśmy zapytać nikogo o trasę.

Tak też, zamiast iść do końca wsi asfaltową szosą, odbiliśmy w boczną drogę, która wkrótce wywiodła nas na położone wyżej pola i łąki. Szybko zorientowaliśmy się, że zgubionego na dole szlaku tu nie znajdziemy, ale szkoda było nam zawracać i tracić już zdobytą wysokość. Zresztą pogoda zaczęła się poprawiać, dając nadzieję na lepsze widoki w stronę masywu Śnieżnika, do tej pory ukrytego pod grubą warstwą chmur. Kiedy natknęliśmy się na stary kamienny krzyż – taki, jakiego można by było spodziewać się na wjeździe do opuszczonej osady – przez kilka chwil byliśmy nawet przekonani, że Czerwony Strumień jest tuż przed nami. Tak droga wciągała nas dalej.

Zanim wróciliśmy na właściwy szlak musiała minąć przynajmniej godzina. Było już pewnie południe, kiedy weszliśmy na przygraniczną drogę do Czerwonego Strumienia. Słońce dalej kryło się za chmurami, ale wilgoć z porannego deszczu zaczęła parować. W rosnącym wzdłuż drogi zagajniku unosił się ten charakterystyczny zapach mokrych pokrzyw, który od razu przywodzi na myśl wakacyjne wspomnienia z czasów dzieciństwa. Wiosna kwitła.

Wreszcie pomiędzy drzewami dostrzegliśmy zarys kamiennej budowli. Były to ruiny kaplicy, wzniesionej tu w osiemnastym wieku, kiedy wieś nazywała się Rothflössel i była zamieszkana przez rolników, tkaczy i drobnych rzemieślników. Dziś okna kaplicy otwierają się na zieleń pustego lasu. Weszliśmy do dawnego prezbiterium przez otwór po tylnych drzwiach w ścianie półokrągłej absydy. W środku poprowadziła nas ścieżka wydeptana w posadzce z zarośli. Nad nami, zamiast sklepienia, rzeczywiście było widać niebo. Przez chwilę staliśmy w milczeniu, patrząc na to, co zostało z kaplicy, a potem wyszliśmy przez łukowaty portal w jej frontowej ścianie.

Poszliśmy dalej. Między drzewami zaczęły pokazywać się kolejne kształty: cokoły dawnych krzyży, ruiny kamiennych domów. Zarośnięte mchem, przykryte konarami i pniami powalonych drzew. Wśród ruin leżały zapomniane przedmioty. W oczy rzucił nam się niebieski, emaliowany rondel, przeżarty przez rdzę i upływ czasu; obok niego – skorupy kafli i ceramicznych naczyń. Na polanie minęliśmy olbrzymie, szare kikuty dwóch wiązów o ściętych koronach. Tkwiły tam jak niema przestroga. Wreszcie w miejscu, gdzie ścieżka przechodzi na czeską stronę, spotkaliśmy ostatniego mieszkańca Czerwonego Strumienia. Był to wyrzeźbiony w kamieniu Jan Nepomucen; stał między drzewami ze spuszczoną głową jakby chował się przed wzrokiem obcych.

Pomyślałem wtedy, że może to poranne zagięcie czasoprzestrzeni i wymuszone błąkanie się po polach nad Kamieńczykiem to wcale nie był przypadek. Że Czerwony Strumień uparcie należy do innego czasu i innej przestrzeni, i trzeba najpierw choć trochę się zgubić, żeby tu trafić. Nachodziliśmy się po podobnych opuszczonych wioskach w Beskidzie Niskim i Bieszczadach, ale tam obecność historii była bardziej zatarta przez teraźniejszość. Tu, w Czerwonym Strumieniu, choć przecież nie tak wcale innym od połemkowskich wsi, zdawało się, że przeszłość stawiała mocniejszy opór i wcale nie chciała przeminąć, odciśnięta w kamieniu, drewnie i glinie.

Do Kamieńczyka wracaliśmy tak, jak powinniśmy byli z niego wyjść – szlakiem prowadzącym wzdłuż granicy. Wytyczono ją tu po II wojnie światowej. To wtedy przesiedlono mieszkających tu wcześniej Niemców, a dawny Rothflössel stał się Czerwonym Strumieniem. W miejsce przesiedlonych przybyli polscy osadnicy z Kresów, ale i oni musieli wyjechać, kiedy przez wieś przeprowadzono pas graniczny. Wychodząc z lasu nad Kamieńczykiem zacząłem wyobrażać sobie, jak tą samą drogą jechały wozy przesiedleńców, powoli zjeżdżając i zjeżdżając do doliny. Zza chmur wychodziło słońce. Wozy jechały. Obok szli ludzie. Gdzieś niedaleko szczekał pies. Przy posterunku granicznym na przełęczy stała wojskowa ciężarówka i kuchnia polowa. 

Przetarłem oczy. Na przełęczy naprawdę stała wojskowa ciężarówka i kuchnia polowa. Obok krzątał się strażnik graniczny. Ale wozy zniknęły, przeszłość puściła. Zeszliśmy do Kamieńczyka, a czasoprzestrzeń wróciła na swoje miejsce.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *